Kup w przeciągu:

12

[01.01,02.01,06.01,08.01,09.01,15.01,16.01,22.01,23.01,29.01,30.01]

a wyślemy Twoje zamówienie jeszcze dziś. 

Dziś nie wysyłamy. 

Twoje zamówienie zostanie wysłane jutro. 

Slash ft. Myles Kennedy And The Conspirators 4
Slash ft. Myles Kennedy And The Conspirators 4

Hey Hey, My My, Rock and Roll can never die – śpiewał niegdyś Neil Young. Te słowa przychodzą na myśl słuchając nowego albumu grupy Slash featuring Myles Kennedy and the Conspirators. Mając już tak długą nazwę (choć używają też skrótowca SMKC) zespół zdecydował, że najnowszy krążek zostanie zatytułowany po prostu 4. Album został zarejestrowany we współpracy z producentem Davem Cobbem w Nashville, Tennessee. Co ciekawe, Cobb stanął przed nie lada wyzwaniem, gdyż tym razem Slash uparł się, aby album zarejestrować na tzw setkę. Czyli po prostu ustawić instrumenty jak na scenie i jednocześnie nagrać cały zespół. Dziś już tak się praktycznie nie nagrywa. Wzmacniacze rezonują z otoczeniem, głośniki wytwarzają pole magnetyczne, feedback mikrofonów daje po uszach. Słowem, udręka. W dobie cyfryzacji dużo szybciej i wygodniej jest nagrać wszystkie instrumenty osobno i w postprodukcji poskładać numery niczym z klocków lego, w czym lubuje się skądinąd Lars Ulrich z zespołu Metallica. 

Axl Rose często powtarzał, że głównym powodem rozpadu Guns N’ Roses był ośli upór Slasha. Jego przesadna niechęć do zmiany stylu gry i muzycznych przeobrażeń. Z drugiej strony wielu uznaje to za zaletę. Wielu chwali za wytrwałość, konsekwencję. Przywołują postać Lemmy’iego Kilmistera czy zespół ACDC, twierdząc, że nie zawsze pogoń za aktualną modą przynosi artystom pożytek. Wydaje się jednak, że mało kto kupuje krążek Slasha oczekując jego spektakularnej metamorfozy. Wszyscy wiemy na co się piszemy. Hard Rockowy album aż do szpiku kości. Jednak dla wprawnego ucha kryje się tu mała niespodzianka, bo Slash przyznał się w wywiadzie, że przebywając w Nashville mocno nasiąknął Country. I, co ciekawe, na albumie można to wychwycić.

Zespól rozpoczyna mocnym The River is Rising. Galopujący rytm, agresywne i miarowe solo, jak za starych dobrych czasów GnR. C’est la vie dobrze wpisuje się w melodyjny charakter grupy i słychać wyraźnie, że to w tego typu utworach Miles Kennedy czuje się bardzo komfortowo i rozwija skrzydła. W utworach Actions Speak Louder Than Words i Spirit Love Slash psoci efektami gitarowymi, w tym drugim zabawnie zaskakując wschodnimi inspiracjami. Tradycyjnych ballad tym razem jak na lekarstwo, można powiedzieć, że chyba tylko Fill My World. W April Fool i Call Off the Dogs do głosu dochodzi DNA Slasha. Rytmy znane z Paradise City, Welcome To The Jungle i Sweet Child O’ Mine. Chyba nie byłby sobą, gdyby tego zabrakło. Ostatni numer to Fall Back to Earth. Nieco sentymentalny, melancholijny, tkliwy.

Slash brzmi bardzo dobrze. Ciągle jest w niezłej formie, choć latami nie oszczędzał swojego organizmu. Wciąż trwa w swoim Hard Rockowym postanowieniu i wciąż robi to jak przystało. Metoda rejestracji albumu też wyszła kapeli na dobre. Zespół znany jest, przede wszystkim, z żywiołowych występów na żywo i ten krążek to potwierdza. Brzmienie jest mocne, pełne i zdecydowane. Dzięki temu album zyskuje na autentyczności i choć po części rekompensuje koncertową posuchę w czasie pandemii. Zgodnie ze słowami Neila Younga, rock grany dobrze wciąż potrafi przynieść wiele radości i wytchnienia, a Slash znów udowadnia, że zna się na robocie jak mało kto.

 Autor: Szymon Paweł Dziczek

 

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl