Kup w przeciągu:

12

[01.01,02.01,06.01,08.01,09.01,15.01,16.01,22.01,23.01,29.01,30.01]

a wyślemy Twoje zamówienie jeszcze dziś. 

Dziś nie wysyłamy. 

Twoje zamówienie zostanie wysłane jutro. 

Khruangbin & Leon Bridges TEXAS MOON
Khruangbin & Leon Bridges TEXAS MOON

Instrumentalne trio z Houston w Texasie po raz drugi (po Texas Sun) podjęło współpracę z wokalistą Leonem Bridgesem. Zespół stał się w ostatnim czasie jednym z najciekawszych aktorów sceny muzycznej w Stanach Zjednoczonych. Na pierwszy rzut „ucha” ktoś mógłby powiedzieć, że przecież to tylko kolejny band zafiksowany na brzmieniu z lat 60-tych i 70-tych, idealizujący ten okres w historii muzyki rozrywkowej. Nic bardziej mylnego. Inspiracji, które wskazuje zespół jest bez liku. Bliski Wschód, południowo-wschodnia Azja, Irlandia, Jamajka. Jednym słowem, kalejdoskop. Dla wielu ten kulturowy „melting pot” bywa synonimem nieporządku i zamętu, jednak wśród tych wszystkich naleciałości Khruangbin był w stanie utworzyć swój własny, wydaje się, dość charakterystyczny rys. Trudno jest ich pomylić, zwłaszcza gdy grają w parze z Leonem Bridgesem. On również zakochał się w muzyce sprzed kilku już dekad, lecz jego wokalny temperament jest odmienny od tria z Houston. Można powiedzieć, paradoksalnie, że zaskakujące jest to jak szybko znaleźli wspólny pierwiastek, i że tak dobrze do siebie pasują. Bo gdy słucha się tego EP odnosi się wrażenie, że jest to skład już wysezonowany. Że grają tak już od lat i jest to po prostu kolejna płyta rutynowanej kapeli, i na pewno nie jest to jakiś artystyczny eksperyment.    

EP otwiera utwór Doris, stonowany i liryczny. Motyw przemijania, który porusza Leon Bridges świetnie współgra z pełną echa i pogłosów aranżacją. Znakomite B-Side przywodzi na myśl twórczość Marvina Gaye’a i style Funk i Motown z lat 60-tych i 70-tych. Zamykając oczy można poczuć się jak bohater nieznanego dotąd filmu Quentina Tarantino w stylu Jackie Brown. Chocolate Hills prowadzi niebanalna linia basowa harmonizująca z partiami wokalnymi. Gitary lekko pobrzękują tworząc sentymentalną atmosferę. W Father Father zespół powraca do bardziej stonowanej narracji. Żegnając Quentina przenosimy się na plan filmu Jima Jarmuscha, aby choć przez chwilę porozmyślać nad kondycją człowieka. Speer wyraźnie czerpie z The Doors i przygotowuje nas na ostatni fragment tego albumu. Zespół kończy utworem Mariella. Ginący gdzieś w oddali uciekający rytm zwykło się u nas nazywać „muzyką drogi”. Zespół łagodnie rozstaje się ze słuchaczem pozostawiając uczucie wyciszenia. Ta katartyczna forma przejawia się w całym mini albumie i jest, w pewnym sensie jego meritum. Zespół obrał sobie również za cel przekraczanie granic pomiędzy stylami. Pełnymi garściami czerpie z różnych muzycznych języków sklejając to jednak w całkiem spójną całość. Chcą tworzyć „muzykę świata”, niezależną od szerokości geograficznej. Można, przy okazji, zadać niejedno pytanie. Czy taki uniwersalizm jest w ogóle możliwy? Czy można? Czy wolno? Czy jest w tym sens? I choćby dlatego, że ich muzyka i sposób jej postrzegania prowokuje takie pytania, jest to moim zdaniem bardzo ciekawa propozycja dla wszystkich, którzy w muzyce rozrywkowej poszukują tego, co wydawało się już dawno stracone.

Autor: Szymon Paweł Dziczek

 

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl